Taka murzyńskość czyli o wynarodowieniu Polaków – odc. 4– Dziesięcina dla Rzeczpospolitej

 
 
Pani Anna Walentynowicz, którą uważam za matkę Panny Solidarność - bezsprzecznie kultywowała etos pozytywizmu - i jednoznacznie się do niego odwoływała przez całe swoje życie, w każdej sytuacji np. stawiała sprawy jasno, była twarda i bezkompromisowa - niezłomna w trwaniu przy konkretnych warościach (Bóg, Honor, Ojczyzna), a cechowała ją niezwyczajna uczciwość. Takie były osobowości naszych niegdysiejszych elit i liderów. To tacy ludzie zbudowali II Rzeczpospolitą oraz zasiedlali Kresy.
 
To Pozytywiści dali ostatnią wielką wykładnię polskiej normy.
I pisząc o tym, co wiem – co wyczuwam (bo nie zawsze to wiedza logiczna) wciąż się odwołuję właśnie do tej wykładni, wykładni Niezłomnych (prostszej niż bardziej nowoczesny etos Kolumbów).
 
I myślę, że idee Pozytywistów są idealne na tu i teraz, gdyż stoimy w obliczu identycznego zadania: potrzeba sie wybić na Niepodległość, stworzyć suwerenne państwo.
 
I myslę, że są wręcz uszyte na wiek Internetu np. świetnie można tą drogą szerzyć wykształcenie, także obywatelskie.
Ostatecznie wszyscy sa teraz znacznie lepiej wykształceni niż kiedyś – nie potrzeba już Siłaczek. Albo może raczej te Siłaczki mogą być słabsze niz kiedyś to było potrzebne. Ale za to może ich być więcej, powinno być więcej, niż kiedyś.
 
W latach 40-50-tych komunistom wyszło to co wyszło, z uwagi na względną wąskość warstwy, szczupłość elit.
 
Nie zdążyliśmy podczas dwudziestolecia miedzywojennego wprząc-zaangażować – zainteresować programem państwowotwórczym milionów – wielkich milionów.
Za wielu było głodnych i zdesperowanych - a za mało było wykształconych.
 
Wystarczyło więc usunąć tych wykształconych, aby przemielić mózgi pozostałych dwudziestu milionów: a potem ruszyła maszynka czerwonej kolaboracji (o tym innym razem).
 
Pierwszej Solidarności udało się w ogóle powstać, właśnie dzieki upowszechnieniu wykształcenia – teraz naprawdę może być jeszcze lepiej. (Pomijam problem TW Bolka - to wymaga przemyslenia, ale już widać ze nie warto stawiać na jednego przywódcę; że trzeba są samoorganizować w inny sposób, w dobie sieci, sms itd. to przecież proste).
 
W dodatku nie wiąże nas czas ani przestrzeń – i możemy wykorzystać do imentu doświadczenia oraz miłość do Ojczyzny iluś generacji naszych emigrantów – zbudować naród ponad granicami.
 
Spójrzcie Państwo na fakty: my jesteśmy naród, co żyje w diasporze. Tak samo jak Ormianie oraz Żydzi. Ale jakoś nie troszczymy się o braci, nie czerpiemy nawzajem z siebie siły – nie pilnujemy polskości emigrantów i nie przyjmujemy od nich wskazówek (chociaż ogladaja inne światy i mają fajne doświadczenia). A ta ostatnia emigracja na Wyspy to już w ogóle bardzo szybko się rozpłynie w światowym tyglu, jeżl nie znajdziemy dla niej polskiej kotwicy, ponieważ to sa Polacy tylko z nazwy; ci najmłodsi są wychowani w obyczaju sowieckim - i bez względu na wzgląd - jeszcze z wierzchu dodatkowo zamerykanizowani.
 
Myslę, że trzeba - tak samo jak POzytywiści - zawsze sięgać do rdzenia czyli pojęcia „Bóg, Honor, Ojczyzna”, ponieważ jest w pełni aktualne w świecie zasiłków socjalnych, sieci, emigracji do Wielkiej Brytanii, braku elit, rozprawy z resortowymi dziecmi oraz KOD-em. Nawet w świecie zlaicyzowanym, gdzie wielu ludzi obawia się śmieszności tego założenia, że w ogóle jest Bóg - można zacząć od wyjasnienia, czym jest Honor i Ojczyzna: Bóg jest immanentnie w te zjawiska wbudowany.
 
Pozytywizm jest holistyczny tzn. postrzega społeczeństwo jako jeden organizm. Niedomagania tego organizmu to skutek złej pracy różnych organów (warstw lub grup społecznych).
Lekarz-holistyk nie leczy chorego żołądka, ale jakby całego człowieka – takie podejście pozwala ograniczyc efekty uboczne (i nie zepsuć wątroby podczas leczenia żołądka).
 
Innymi słowy: nie rozprawimy się z KOD-em jakbyśmy chcieli, jeżeli sami także nie zaczniemy się leczyć – wspierać – iść w dobrym kierunku.
 
Pozytywizm warszawski stawiał na pracę u podstaw oraz pracę organiczną.
Był przepełniony tzw. solidaryzmem, czyli poczuciem współodpowiedzialności i troski za siebie nawzajem, zwłaszcza za słabszych i najsłabszych - oraz sprawy publiczne.
 
Ta idea zakłada, że społeczeństwo jest niczym organizm, w którym każda jednostka, grupa oraz warstwa ma swoją rolę do spełnienia – wobec siebie i dla siebie.
To mądre - to trafne: wystarczy przeanalizować budżet państwa (i ustawę podatkową), aby wiedzieć, iż trafione w punkt.
 
Każda osoba ma coś do wykonania, ma obowiązek wobec samego siebie i bliskich (np. zarobić na utrzymanie, pomóc babci, odpowiednio wychować dzieci) oraz państwa (np. płacić podatki), ale także jest zobowiązana jakiś odsetek sił i czasu oddać dla dobra szeroko rozumianego narodowego żywiołu: może być drobniutki odsetek – rzecz w samej ofierze i ochocie, w wiernym spełnianiu tego dobrowolnego ślubowania.
 
To może być wizyta raz w tygodniu u starszej sąsiadki, która więdnie przed telewizorem i dziczeje: przy okazji mozna się zastanowić, czy administrator budynku dobrze wykonuje obowiązki. To może być gra w piłkę z dziećmi z podwórka, ponieważ dzieci mogą się nauczyć właściwych zachowań społecznych – kanonu fair play, walki aż do ostatniej piłki – wyłącznie od dorosłych.
 
Tu nie chodzi o rąbanie kamieni przy drodze z miną męczennika, ale o coś co sprawia przyjemność - coś co sprawia satysfakcję; to osobiste przecież.
To może być coś dla samego siebie, ale pod warunkiem, że pozwala innym utrzymac lot albo iść wzwyż.
 
Kiedyś standardy ofiarności były inne. Ale ogólnie - zycie było trudniejsze.

To dlatego najbiedniejsze nauczycielki prowadziły za darmo albo nędzna miske zupy – świetlice dla dzieci ulicy w latach 20-tych. Dlatego stare kobiety szorowały kościoły: nie myślćcie, że wszystkie były dewotkami, które chciały podchlebić się proboszczowi – im głównie chodziło o to, aby było czyściutko, a nie wynaleźli jeszcze Pana Propera i czystość w światyni wymagała nieustannej pracy.

To dlatego miejscowy ziemianin regularnie przyjmował wizyty gromady albo co starszych chłopów – a po przeczytaniu oddawał gazetę listonoszowi we wsi, zakreślając niektóre artykuły (żeby gromada wiedziała, co trzeba omówić w pierwszej kolejności).
 
Dlatego przedwojenni posłowie aktywizowali obywatelów, żeby zakładać parki np. w Zamościu i Lublinie, sadzili drzewa, pchali taczki z ziemią.
 
Dlatego zebraliśmy majatek na FON, a coroczna zbiórka – na biednych wsiach kieleckich – żywności dla ubogich przynosiła tony jedzenia najlepszej klasy.
 
Dlatego dzieciaki miały dyżury w klasie – a to było sporo roboty. Dlatego pomagały sobie w lekcjach – razem je odrabiały.
 
Dlatego Ukraińcy uważali naszych osadników wojskowych (tych których wyrżneli podczas wołyńskiej rzezi) za ludzi bogatych: widzieli tylko krowę takiego osadnika czyli wiano od państwa, a nie widzieli kultury wspólnoty – obdzielania mlekiem od tej krowiny, która wiosną jako pierwsza dała mleko - wszystkich potrzebujących dzieci. Wspólnego świadczenia na rzecz wspólną – i radości budowania własnej Ojczyzny po całych pokoleniach niewoli.
 
To była sprawa honoru – a nie pieniędzy. Nie było myślenia „a co ja z tego będę miał?”, ponieważ cały czas ludziom przez ramie zaglądała przeszłość - a przed oczamy roztaczała się przyszłość; człowiek był jedynie ogniwem w łańcuchu pokoleń.
 
To proste. Kiedy człowiek sadzi drzewo, sadzi je dla dzieci i wnuków – przecież nie dla siebie. Mam ponad 50 lat -  nawet jeżeli udałoby mi się posadzić las (mam takie marzenie), to przecież jego puszczy już nie zobaczę. Za to mogę oglądać parki sadzone przez tamtych posłów i lasy sadzone ku chwale Marszałka Piłsudskiego. Bo ta wspólnota organiczna jest ponad cz\asem i przestrzenią: oto naród, ziarnko do ziarnka, przez wieki...
 
W kanonie Pozytywistów niewiele uległo zmianie w definicji Norwida, jeżeli chodzi Ojczyzne, niemniej zmiany zaszły – bodaj Bolesław Prus to uściślił; to był pedantyczny gość
 

Ojczyzna na przełomie wieków – i dalej - w dwudziestoleciu międzywojennym była pojmowana jako wielki zbiorowy i codzienny obowiązek.

Obowiązek nauki oraz pracy – no i tych drobnych ofiar ze swojego czasu dla sprawy publicznej. To była sprawa honoru, żeby nie opuszczac lekcji, żeby dobrze pracować bez nadzorcy, żeby najbiedniejszego było stać na gest – na wkład w sprawę publiczną.

 
Ojciec mi opowiadał, jak po wojnie wstawał 5 minut wczesniej niż było potrzeba, żeby w drodze do pracy pomóc przenieść kilka cegieł w ludzkim łańcuchu – przy pierwszym z brzegu odgruzowywanym domu. Nie tylko sprawiało to radość i karmiło wole odbudowy – to był jego dar dla ziomków i Ojczyzny.
 
Komuniści próbowali nawiązac do tej tradycji ofiary na cel publiczny, która umarła z powodów, które omówię innym razem – organizując tzw. prace społeczne. Wyczuwacie różnicę?
 

Zatem: Ojczyzna to wielki zbiorowy i codzienny obowiązek Polaków.

 
Wszyscy musimy być godni, aby Ją reprezentować.
To znaczy wszyscy musimy mieć zdolność honorową (wywiązywać się z danego słowa – co w praktyce oznacza, jak się tak ktoś zastanowi – rezygnację z kłamstw, także tych do których zmusza nas praca zawodowa) oraz znać swoje miejsce w tym systemie: prawidłowo zdiagnozować własne możliwości i osadzić w obowiązkach.
 
Każdy, kto zna kwes swoich kompetencji - robi dla Ojczyzny oraz ogółu to, do czego naprawdę się nadaje, robi to na czym się zna, w czym jest najlepszy.
 
No i system robi się szalenie efektywny, ponieważ jednostki sobie nie przeszkadzają; ich wysiłek się nie znosi. Nie ma pracy daremnej. Nikt nie robi głupot.
 
Ta uwaga jest bardzo ważna, gdyż w tle mamy Internet :-)