Taka murzyńskość czyli o wynarodowieniu Polaków – odc. 3 – Czego nas nauczyła pani Anna Walentynowicz?

 
 
Ogół Polek i Polaków nie zdaje sobie sprawy ze skali i głębi swego wynarodowienia.
No i nic dziwnego: kto im miał powiedzieć, jaka była autentyczna kultura ich narodu - oraz jak ją współcześnie stosować i jeść?
 
Mija trzecie pokolenie, które nie widziało słońca. Czy ślepiec, żyjący wśród ślepców i wychowany przez ślepców ma szanse dowiedzieć się, iż jest niewidomy? Czy może wiedzieć, czym jest słońce, o którym czyta palcami, na płytach nadrukowanych kropkami alfabetu Braille’a? – nawet jeżeli wystawia ku niemu swoją ociemniałą twarz?
 
Czy ślepiec, nawet taki wychowaniec Instytutu w Laskach, nauczony piec pizzę, pielić grządki cebuli i drużynowo grać w siatkówkę – obsłuży piłę tarczową, zrobi prawo jazdy, wyłapie detale na pornograficznym filmie?
 
Wszyscy jesteśmy z grubsza w takiej sytuacji. A przecież trzeba zacząć myśleć, szybko i praktycznie, i zaprowadzić własne reguły gry, bo inaczej nas zje to poskomunistyczne towarzycho: to przecież ciągle jest ich świat, znany – opanowany od czubka piramidy do podstawy.
Żeby wygrać, musimy im wyjąc dywan spod nóg, przejść na prowadzenie.
 
Myślę, że to moment na program ogólnospołeczny, który się spotka z wysiłkiem władz państwowych…. jeżeli ich zamiarem jest sanacja. Ale skąd wziąć taki program?
Nie ma wielkich polskich pisarzy ani poetów. Ani filozofów. Jest kilkoro starców, którzy dożywają ostatnich dni. I pierwszy raz jesteśmy z problemem sami jako naród – nie możemy liczyć na Kościół.
 
Kościół nas zostawił. Tak to odczuwam – i nie chcę obrazić tutaj garstki księży, którzy zostali z nami, ludem, cześć im i Bóg zapłać.
Nie chce obrazić swoich parafian, bo Kościół to przecież także my – wierni.
 
Mówię o hierarchii.
 
Gdy wypłynęła na jaw współpraca księży – ba! biskupów – ba!
Gdy się okazało, że biskup odpowiedzialny z protokoły Konferencji Episkopatu Polski spisywał je podług redaktorskich uwag pułkownika Adama Pietruszki – zapadła cisza, końce poszły w wodę.
 
Korek, worek i rozporek – takie to proste, człowiek jest tylko człowiekiem. Nie chcę kamieniować, nie jestem bez grzechu – i wybaczę, gdy ktoś wyzna grzechy i dokona ekspiacji. Ale gromy nie zagrzmiały i nie widze przeprosin ani pokuty – publicznej, nie widzę ograniczania wydatków.
 
Słyszę ciszę… i zapieranie się w żywe oczy, w stylu świętego Piotra, nie raz, nie dwa, nie trzy. Ale nikt nie płacze.
 
Mamy Rok Jubileuszowy. Rok w którym można uzyskać odpuszczenie – nawet zbrodni.
Swięty czas pokoju oraz przebaczenia. Ale trzeba upaść na kolana – i poprosić, błagać z głębi duszy – trzeba żałować. Gdzie ten dobry przykład? Gdzie żal z powodu zdrady? – przecież zostaliśmy zdradzeni.
Być może bardziej niż o tym wiemy, niż chcemy dociekać: bo jeżeli nasi pasterze w sporym odsetku prowadzą podwójne życie – a wielu jest wprost cynicznych – jeżeli nieznany procent uległ  brutalnym szantażom, to jakie miała gwarancje miała kiedyś tajemnica spowiedzi?
 
Pisma od Konferencji Episkopatu Polski odczytywano ze wszystkich ambon – tak samo jak homilie, kto wie jak w nich zostały spiłowane rogi oraz nogi – te religijne. Za Reformacji zmiana o ćwierć tonacji w opisie mocy sakramentu mogła kosztować wyprawę na stos albo kilka lat w worze pokutnym – kto wie, jak to było za esbecji z chrześcijańską nauką społeczną?
 
Dlaczego księża, którzy podnoszą te tematy od razu mają zamykane usta? – dlaczego Kościół, który się splamił na poziomie hierarchii– nie odda sam siebie w ręce pasterzy o wrażliwych sumieniach?
To nie jest Kościół, zdolny poprowadzić Polaków w kierunku moralnej odnowy – do zaufania, wiary i nadziei - to Kościół zmurszały, który zapadnie się pod własną zgniłą strzechą.
 
Już kiełkują młode pędy, ale Kościół, mój Kościół – nas nie wesprze. Nie ma placetu moralnego.
 
Musimy sobie poradzić sami. A tu potrzeba idei na miarę pierwszej „Solidarności”.
Wziąć jej skąd nie ma, ale… można do niej dojść kroczek po kroczku, robiąc rzeczy małe i  na pewno dobre (np. eliminując wulgarystów oraz osoby niepożądane z przestrzeni publicznej – czyszcząc atmosferę): Pozytywiści też najpierw szli po omacku.
 
Naszą Niepodległość oraz Żołnierzy Niezłomnych zawdzięczamy ludziom, których wychowali Pozytywiści, naturalnie czerpiąc z poprzednich doświadczeń.
 
Pozytywizm to zresztą kapitalny wzór na dzisiejsze czasy.
Próbowała do tej idei wrócić pierwsza „Solidarność” – nie wiem, na ile świadomie, na ile intuicyjnie, ale jednoznacznie i twardo, tak po polsku, odwoływała się do tego etosu Pani Anna Walentynowicz.
Absolutnie nie jestem odkrywcza – patrząc z mojej perspektywy, to pani Anna Walentynowicz wskazała nam wszystkim kierunek. I posłuchałabym Jej głosu, ponieważ była bliższa tej normy niż komukolwiek z nas to było dane.