Taka murzyńskość czyli o wynarodowieniu Polaków – odc. 1 – Skąd się brały elity w Polsce?

http://konieczna.eu/taka-murzynskosc-czyli-o-wynarodowieniu-polakow-odc-...

 

Na pewno Państwo słyszeliście o tym, że Polakom wymordowano elity. Że nam potrzeba nowych elit. Ale co jedno i drugie właściwie oznacza?

W praktycznym sensie chodzi o to, że Niemcy, NKWD i UB wytępiły fizycznie większość ludzi, którzy:

  • na wyrywki znali ten kodeks polski honorowy –
  • byli odpowiedzialni za bieżącą interpretację normy „Bóg, Honor, Ojczyzna” w najprostszych, codziennych sytuacjach życiowych (dawali przykład osobisty), tak że robiła się zwyczajna i poręczna, odpowiednia podczas wsiadania do zatłoczonego autobusu – aktualna –
  • byli odpowiedzialni za transmisję kodeksu czyli przekazanie następnym pokoleniom owego iście polskiego pomysłu na życie na pograniczu Zachodu i Wschodu.

 

Takich ludzi zawsze było niewielu; każdy cenny jak źrenica oka.

Ci ludzie znali naszą zbiorową tożsamość oraz tę naszą niepisaną umowę społeczną na wskroś, a do tego cieszyli się zasłużonym autorytetem (bo kodeks uruchamiał również system selekcji pozytywnej do elit – była to droga otwarta dla najbiedniejszego chłopa; każdy mógł być najlepszym np. żołnierzem, wystarczy że się postarał - nasz system był maksymalnie demokratyczny i elastyczny).

 

Dlatego przy polskim sposobie organizacji życia społecznego (zupełnie już Państwu nieznanym) wystarczał drobny odsetek ogółu społeczeństwa, żeby poprowadzić naród w kierunku właściwym, zgodnym z wielowiekową tradycją oraz chrześcijańską filozofią.

Polskę Podziemną tworzyło bodaj 2 % społeczeństwa – i tyle wystarczyło, aby nasza nacja zabłysła na tle Europy jak brylant: zachowała balans moralny podczas wszystkich okupacji – pomimo hekatomby nie przystapiła do kolaboracji, za to podjęła nieprawdopodobny wysiłek zbrojny, a na marginesie, w ramach pracy społecznej, uratowała niesamowitą liczbę Żydów.

Gdy celowo wymordowano naszą inteligencję oraz żołnierzy zawodowych – to wielowiekowy polski system życia społecznego, który orbitował wokół ich rad oraz osobistego wzorca postawy obywatelskiej – złożył się jak namiot.

Niestety, łatwo wycelować w źrenicę oka i je zgasić.

Naród, utraciwszy polot szlachectwa, stał się chłopski i robotniczo-miejski, powiedzmy – plebejski, gminny, prostaczy (moja Mama jest ze wsi, wsi materialnie rzecz biorąc najbiedniejszej z ubogich w Łomżyńskiem i na pewno nie mam woli teraz nikogo obrazić; nikt sobie nie wybiera pochodzenia).

I na tych zrębach komunizm zaczał budowę nowego społeczeństwa:

  • wykształcił własne polskojęzyczne elity (awans społeczny)
  • zbudował naszą aktualną – nienormalną - umowę społeczną, która niesłusznie uchodzi za oryginalny polski produkt.

Różnica jakości jest spora, ponieważ ponieważ przekaz wychowawczy w domach chłopów i biedoty – jest zupełnie inny niż inteligencki (szlachecki). W chłopskim domu słyszy się nauki w stylu „tylko się nie wychylaj” (uczy podporządkowania, oportunizmu), a dom rodowodowej inteligencji od pieluch szkoli liderów i promuje aktywną postawę w rozwiązywaniu problemów.

Lud wiejski i miejski łatwy jest do manipulacji, nie tylko dlatego, że nieuczony –

Lecz także dlatego, że…

Dotąd cały czas opowiadałam o kulturze inteligenckiej, która w prostej linii, z pokolenia na pokolenie, wiodła od Jagiellonów, robiąc regularne zapiski. Także krytyczne.

Oprócz kultury szlacheckiej był jednak jeszcze drugi nurt polski –kultura chłopska (Ta dychotomia jest do dzisiaj, chociaż rozziew warunków nie jest diametralny).  

Chłopi nie mieli słowa pisanego i pamięci pokoleń -  wnieśli skromny udział do tradycji szlacheckiej: byli dla niej nawozem (także dla natchnienia vide Chopin)– ale mieli nieprawdopodobny walor na złe chwile – kamienna wola wytrwania – przy braku możliwości robienia postepów – utrzymanie skromnego stanu posiadania, także w sferze kultury oraz języka narodowego.

Mieli tradycję ustną i kulture materialną np. hafciarską budowania domów itd., i mieli za ambicję przenieść to z pokolenia na pokolenie, bez zmieniania joty. Zwłaszcza, gdy wywierano na nich presję.

To dlatego został w polskim domu Sląsk, Pomorze, Warmia, Mazury, Kaszubi oraz Poznańskie.

Ludowi wiejskiemu brakowało, mówiąc ogólnie, sprawczej samoświadomości, a niekiedy nawet tożsamości narodowej (– jeszcze w latach 70-tych w Polsce B spotykałam wsie, gdzie ludzie na pytanie o narodowość odpowiadali z ostrożna: „jestem tutejszy”). (I i II Rzeczpospolita były wielonarodowa – skutkiem życia na pograniczach było multi-kulti, a czcząc proporcje nasz kraj jest wielonarodowy do dzisiaj).

Poza tym kultura polskiego chłopa – choć ogólnie konserwatywna i zachowawcza, co się chwali – zawiera elementy moralnego relatywizmu, wyniesione z okresu pańszczyzny.

Elementy moralności Kalego, swoista „gospodarność” oraz kult siły, tak, tak. Takie jakby luki w światopoglądzie chrześcijańskim.

Nasila się to, gdy chłopa za szybko, za łatwo awansować na miejskiego inteligenta – gdy mu dać za duzo władzy (przed wojną się mawiało: „wpuścic chama do biura to atrament wypije”).

Z kolei kultura biedoty miejskiej była, spójrzmy prawdzie w oczy – wprost cwaniacka i złodziejska.

Te rany po niewoli, po dramatycznym kryzysie lat 30-tych, wojennej nędzy i demoralizacji, do dzisiaj są nie wyleczone. Odwrotnie, komunizm przyjął za wzorzec rządy silniejszego, kłamstwo i szantaż - i wszystko zapaprał.

Otacza nas więc nieuczciwość i złodziejstwo – ale sami też korzystamy z okazji, gdy się trafi. Bo komunizm opiera się właśnie na moralnym relatywizmie – oraz wpycha w najpodlejszą niewolę – tę we własnej głowie, w której zamiast „chcę być” bełkocze „muszę mieć”.

Kultura chłopska była zawsze, poniekąd, antypańska (antyinteligencka). Chociaż więc chłopi byli powszechnie użytkownikami tego polskiego kodeksu społecznego, i jego współtwórcami (w czasach wolnych kmieciów, w okresie Insurekcji) to zasadniczo nie mieli w swojej masie świadomości jego istnienia – a także swojego wpływu na tę umowę.

Wiele zmieniła partia Wincentego Witosa czyli PSL „Piast”, swoim projektem o parcelacji 200 tys. ha ziemi rocznie (reforma rolna to był dorobek sanacji, a nie komuny – w dodatku podczas przedwojnia nie parcelowano wysokotowarowych gospodarstw – dzisiejszych ferm rolnych).

No i endecja, która w dobie największego kryzysu, w połowie lat 30-tych zaczęła organizować polskie bezprocentowe kasy pożyczkowe i uruchomiła kursy przedsiębiorczości np. dla bezrobotnych chłopów – a potem rozpoczęła bitwę o handel detaliczny oraz zlikwidowanie uboju rytualnego, którą Państwo znacie tylko w jednostronnym wycinku, absolutnie zafałszowanym, a zwanym bojkotem antyżydowskim (ale opis wojny domowej polsko żydowskiej jest w komplementarnym kursie „Przedsiębiorstwo Holobiznes i Polonia Prostituta: argumenty współczesnego antypolonizmu oraz problem z KOD-em”, zapraszam).

Ale wojna zahamowała te procesy. Potem chłopi nie potrafili zwerbalizować norm tego kodeksu. Zbyt wielu wiejskich nauczycieli poszło do piasku albo pojechało kibitką. Zbyt wielu różnych „leśnych” kopało ich przez okupację ze wszystkich stron – oprócz Niemca i Ruska. Zbyt wielu przedwojennych działaczy politycznych – tych lokalnych – zostało zakatowanych…

Łatwo było im podmienić szanowanego sołtysa, przedwojennego ludowca albo endeka – na takiego sołtysa, który był w PPR, PZPR czy ZSL i decydował o przydziałach ziemi, krowy oraz kolejności oprysków. A także o rozliczaniu z obowiązkowych kontyngentów.

…no ale zabrnęliśmy już w prehistorię czerwonej kolaboracji, o wiele gęstszej w naszym społeczeństwie niż to chcemy przyznać, a przecież z każdym pokoleniem geometryzował się jej zasięg. To jednak teraz nieważne.

Grunt, że okupantom udało się zaprowadzić u nas żałosny obyczaj sowiecki, który swoją drogą wywodzi się ze społecznych nizin, ruskiego motłochu, zaszczepionego komunizmem. Jest prostacki, co daje się zauważyć w naszym życiu publicznym i codziennym; po własnych zachowaniach.

Naturalnie zachowano język polski, żeby np. nie uruchamiać chłopskich mechanizmów obronnych – poza tym nie miało to specjalnego znaczenia, ze względu na zastosowany tuz po wojnie system budowania partii rzadzącej (brano każdego, kto chciał – i jak się wykazał uległością oraz świństwem, to zostawał) skutkiem obecnie, po upływie 2-3 pokoleń ten łajdacki sznyt uchodzi za rdzenny obyczaj polski. A pani Magda Umer, córka i bratanica ubeków z różnych formacji, robi za twórcę polskiej kultury.  Chociaż… niczego co prawdziwie polskie nie da się w pełni zrozumieć bez przyzwoitej znajomości Biblii – takie jest nasze kryterium. Ani malarstwa Matejki ani wspomnień Paska i Piłsudskiego ani muzyki Ujejskiego i wierszy Przerwy-Tetmajera.

Kodeks polski to szlachetny brylant.

Wyszlifowany w maleńkie fasetki (każdy z nas powinien stanowić jedną taką ściankę), a jednocześnie transparentny, przejrzysty.

Schamieliśmy, proszę Państwa, dramatycznie, po sowiecku.

Zgubiliśmy nas klejnot – a teraz trzeba go znaleźć oraz ponieść dalej. Ten sam klejnot, który niósł „Rudy” i „Zośka”. I generał Fieldorf Nil. Wszyscy ci bohaterowie, którzy wciąż spoczywają zakopani, nie wiadomo gdzie – i czekają na Dzień Sądu żywych i umarłych.

Od razu trzeba też aktualizować ten kodeks czyli ustalić współczesną polską umowę, kto, komu, co dlaczego i kiedy jest winny, żeby się wszystko odbywało jak się godzi. Ostatecznie ostatnią wykładnię dali Żołnierze Niezłomni, a to był zupełnie inny swiat – i np. nie było Internetu.