Taka murzyńskość czyli o wynarodowieniu Polaków – odc. 000 – Dlaczego teraz siedzę tu, gdzie siedzę –

 
 
Mam wśród pociotków takiego pana, któryż za swój stosunek do komunizmu i komunistów (często żydowskiego pochodzenia, to ci koincydencja!) dostał 18-krotną karę śmierci od pana Stefana Szechtera oraz jednego ławnika (trzyosobowy skład sądu to przesąd, światło ćmiący).
 
Zaczynam od tego, gdyż m. in. ten związek, i kształt procesu, zaważyły na życiu i wyborach iluś generacji i gałęzi mej rodziny. To pierwszy czynnik, najłatwiejszy do uchwycenia i wyznania, dlaczego teraz siedzę tu, gdzie siedzę i zaraz napiszę to, co napiszę.
 
TRADYCJA WOJSKOWA
 
Żeby było jasne: powinowactwo z Łupaszką, chociaż pewne na mur-beton, jest w bocznej linii. I tylko powinowactwo, to cioteczność, a nie pokrewieństwo. Żeby nie było, że włażę na cudzy postument.
 
Pan trafił w moje drzewo genealogiczne, gdyż rodzina kultywowała przedwojenne mundurowe tradycje. To znaczy m. in., że za komuny nadal się trzymała niegdysiejszego środowiska. Skutkiem także małżeństwa dzieci, zawierane po wojnie, w latach 40-50-tych, kojarzyły się w tym kręgu.
 
Dlatego m. in. obaj moi Dziadkowie to przedwojenni żołnierze zawodowi, kuzyn ożenił się z krewną Łupaszki itd. A na weselach, gromadzących pokolenia, aż po stan wojenny zasiadał topniejący oddziałek weteranów z wojen 1914-53, których dzieje poznaję dopiero teraz.
 
Wtedy niestety przemilczano  (a to milczenie to osobny temat) przed młodzieżą, kto ją uczy prawidłowo i niezłomnie pić wódkę (byłam za młoda i się nie załapałam), bez popadania w stany niegodnego oraz niebezpiecznego upojenia.
 
Pamiętam tylko opowieści nt. fatalnego morale i stanu Armii Czerwonej, z którymi się panowie zapoznali podczas wyprawy pod Kijów oraz Bitwy Warszawskiej; to nie była armia tylko pędzone batem, bosonogie, głodne hordy z karabinami na sznurkach, regularnie puszczane samopas, bo zasadniczo musiały się same wyżywić jak w XVI wieku: rabowały więc, gwałciły i robiły, co chciały. Zwyciężano zaś z Polską na sposób mongolski: masą ludzką oraz faktem, że nikt nie szanował życia, nikt tej czerni nie oszczędzał.
Podoficerowie, zamiast iść na czele, dawać przykład, zostawali z tyłu, żeby strzelać swoim ludziom w plecy, gdyby chcieli uciekać z pola walki. Ich z kolei pilnowali oficerowie: żeby była pewnośc, że podoficerowie wykonają zadanie wobec partii.
 
Wkład mojej biologicznej rodziny w historię polskiego oręża nie był znaczący. Mieli dokonania możliwe dla ludzi z wykształceniem, przeważnie tzw. ludowym lub realnym  (to max. gimnazjum), którzy pracowali, odkąd potrafili chodzić: to rozszerza horyzonty praktyczne, wzmaga dojrzałość.
 
Żaden z bliskich prochu nie wymyślił, prezentowali przyzwoitą średnią, znacznie więcej niż mięso armatnie, jednak bez bohaterstwa; owszem rany były, i jakieś medale, ale bez szaleństw.
 
Albo, to moja interpretacja - zdrowy standard: kręgosłup Wojska Polskiego oraz ówczesnego społeczeństwa (inna struktura wykształcenia oraz gospodarki narodowej, inne priorytety społeczne).
 
Z najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam rzędy specyficznie wyprostowanych pleców – ta przedwojenna armia była zawsze ogolona do siódmej skóry (jak oni to robili, mając tylko wodę z mydłem? - to jakieś tajemnice brzytwy) i miała swoistą prezencję, wyczuwalną po dziesiątkach lat, już w żakietach albo stylu „tenisowym” (bo jakoś nie zarejestrowałam, iżby ci panowie naszali niechlujne garnitury – wszystko było do ciała, dopasowane, a sweterki i kamizelki jednobarwne, w serek).
 
Regularnie bywali u nas, gdy byłam dzieckiem czy młodą dziewczyną, i czuli się jak w domu, przedwojenni żołnierze. Prostych zupaków nie liczę, a z oficerów np. generał Stanisław Tatar
oraz podpułkownik Marian Utnik
(to ci panowie, którzy strzegli w Londynie złotego FON-u, a potem dali się oszukać Czesławowi Kiszczakowi i oddali ten społeczny skarb – a następnie dostali karę śmierci).
 
Pamiętam, jak zamieszkały w sąsiedztwie major Jan Gryczman
(ten, który będąc chorążym powiedział na Westerplatte do Henryka Sucharskiego „Panie majorze, to chyba wojna”) wyznał nad tortem, że po wojnie niekiedy zatajał bojowy życiorys, gdyż wiersz Gałczyńskiego uśmiercił w zbiorowej wyobraźni wszystkich obrońców Westerplatte – prosto do nieba, czwórkami szli - więc brano go za oszusta lub kabotyna, gdy podawał, że bronił Westerplatte:-)
 
Wdów też nie da się policzyć, nawet oficerskich; najlepiej wbiła mi się pani Maria Kurczewska, wdowa po pułkowniku Mieczysławie Kurczewskim, sąsiadka Cioci – chyba żyła najdłużej…
 
Poznałam zesłańców na Syberię, nawet tych repatriowanych dopiero w latach 50-tych, więźniów obozów koncentracyjnych, którzy nie pękli na gestapo – i w ogóle kacetników.
 
A w ostatnich latach wciąż dowiaduję się, że mundurowi byli rodzice albo dziadkowie przyjaciół moich Rodziców – albo czego dokonali podczas okupacji lub w Powstaniu ci inteligenci starego pokroju, za którymi się drzwi nie zamykały; ci szarmanci, którzy przedwojennym obyczajem wręczali małym, szpetnym lecz rezolutnym dziewczynkom miniaturki tych bukietów, jakie dostawała Matka. Na pewno pamiętam kapitana Kazimierza Moczarskiego,
który napisał „Rozmowy z katem” oraz syna (albo bratanka) doktora Ludwika Antoniego Paszkiewicza,
który zorganizował studia medyczne pod okupacją oraz rodzinę prof. dra Czesława M. Rodkiewicza
 

Naturalnie takich ludzi było wtedy mnóstwo. Można nimi było płoty grodzić, było w czym wybierać, ale przecież mógł u nas bywać, bo ja wiem, ktoś z rodziny Jakuba Bermana.

 
Zauważcie Państwo, że ta sama prawidłowość rządzi potomkami ubeków – ona nie spadła z nieba: mundurowe (wojskowe, policyjne) rodziny zawsze trzymają się razem, w swoim gronie się kojarzą – a bywają u nich im podobni.
I, oceniając mnie – oceniajcie zarazem resortowe dzieci. Może na moim przykładzie – pogrobowca tego świata, który zamordowali i zniszczyli ich ojcowie oraz dziadkowie – z ostrością zrozumiecie, jaki niezatarty wpływ na mentalność wywiera pochodzenie oraz otoczenie.
 
ROLA WOJSKA POLSKIEGO
 
W rodzinie jest anegdota, że Dziadek chciał mieć trzech synów, ponieważ do obsługi jego działa było potrzeba czterech chłopa. I jeżeli mam gdybać, to gdyby wynik II wojny był inny – zapewne też urodziłabym się w garnizonie. I była dzieckiem pułku, czy wręcz kolejnym cesarzem Kaligulą.
A tak to jestem wyłącznie wnuczką Niepodległości oraz - sanacji, oplutej przez żydokomunę.
 
Urodziłam się 20 lat po wojnie (1965): pierwsze powojenne pokolenie. I stanowię bodaj ostatnią generację w Polsce, która odebrała domowe wychowanie podług polskiego kodeksu. W specyficznym wydaniu - żołnierskim, ba! podoficerskim.
 
Przedwojenny podoficer był swoistym nauczycielem.
 
Po pierwsze: odpowiadał za wdrażanie poborowych do cywilizacji – armia pełniła wtedy tę funkcję, dzisiaj niepojętą.
 
Państwo więc znacie tylko dramatycznie opisy np. pogrzebu zapałki, z których wynika że armia bez sensu gnoiła ludzi, a podoficerowie byli sadystami; znacie te same rytuały z PRL, z armii ludowej, która była natchniona podejściem do poborowych i żołnierzy wziętym od Armii Czerwonej – i w oparciu o swoje smutne  doświadczenia – niestety wierzycie w te brednie na temat Wojska Polskiego.
 

Przed wojną (a już w początkach Niepodległości) te same rytuały niosły inną treść. Tę samą, którą mają do dzisiaj – uwaga! - w ośrodkach resocjalizacji narkomanów. (Bo tam są szeroko stosowane – to metoda zwana wychowaniem behawioralnym).

 
Wtedy poborowych trzeba było nauczyć, żeby się codziennie myli, także zęby i uszy (wtedy woda była tylko ze studni, więc ją oszczędzano), żeby czyścili paznokcie, nie spali w ubraniu, żeby zmieniali gatki, wtedy raz na tydzień, żeby załatwiali się w latrynie, zamiast za budynkami, żeby po pracy najpierw oporządzali (i to na glanc, a delikatnie) konie, a dopiero potem umyli ręce i siadali do jedzenia, żeby nauczyli się utrzymywać kliniczną czystość– oraz żeby nauczyli się współodpowiedzialności za innych czyli np. trzymali ten porządek wspólnym wysiłkiem.
 
To było trudne w przypadku najuboższych poborowych: polskich i ukraińskich chłopów oraz Żydów z miasteczek – te właśnie grupy trudno nawet nazwać zdziczałymi: one po prostu były kulturowo szczebel niżej. A pretensje proszę zgłaszać rodzinie Romanowych, Franzowi Josefowi oraz Bismarckowi – gdyż to były standardy zaborców, którzy utrzymywali niewolników w stanie, gwarantującym ich bezbronność społeczną. 
 
Sojuz wcale się nie martwił o naukę mycia oraz naukę wstawania z krzesła, gdy do pokoju wchodzi kobieta. A Rzeczpospolita od pierwszych chwil starała się – nie mając grosika na tę akcję – przyłączyć obywateli do XX wieku, dać im minimalne szanse. Zmienić im horyzonty. 75% obywateli przedwojennych było ze wsi, głodnej i przeludnionej. Toczyliśmy wtedy 6 wojen naraz (a tak, tak) o ustalenie granic - i podczas tych wojen nasi żołnierze - szli do walki z kompletem guzików, ogoleni oraz w czystych majtkach.
 
Pewnym grupom poborowych nikt wcześniej nie powiedział, jak należy o siebie dbać - broniły się rękami i nogami przed tym reżimem. Traktowały go jak szykanę. Np.  protestowały przeciwko odwszawianiu - które było regularne oraz nieuchronne w ówczesnych warunkach higienicznych, w gromadzie chłopa. No i brały to szczególnie osobiście.
 

I szkalowały Wojsko Polskie, także po wojnie. Bo to z tych ludzi komunizm zaczerpnął potem swoje elity.

 
No ale ja znałam ludzi, którzy wprost mówili „Twój Dziadek zrobił ze mnie człowieka. Nauczył mnie czyścić paznokcie i całej reszty”.
 
Po drugie: armia pełniła różne funkcje dydaktyczne. W tamtych czasach każdy, kto miał łyczek wykształcenia, był zobowiązany tę wiedzę upowszechniać.
 
Codziennością w armii były kursy pisania i czytania – także dzieki nim weszliśmy w II wojnę, mając zaledwie ok. 3 milionów analfabetów, w tym 1/5 dzieci bez dostępu do szkoły. A w Niepodległośc weszliśmy z analfabetyzmem na poziomie – nie chce skłamać, to było róznie pod różnymi zaborami – ale to był poziom rzędu ponad 60% społeczeństwa (i nie licząc analfabetów wtórnych np. niezdolnych płynnie czytać lub czytać ze zrozumieniem: to zawsze rząd ok. 10% niegdysiejszych uczniów - i takie zresztą były wyniki wśród poborowych LWP w latach bodaj 70-tych).
W okolicach czasowych Niepodległości było nas (obywateli Polski wielonarodowej) z 25-26 milionów wg. spisu powszechnego z 1921 roku i migracji z tego okresu. A tuż przed wybuchem wojny ok. 35 milionów.. Czy ktoś z Państwa się zastanawiał, jaki to był wysiłek - i jaki niesamowity postęp w edukacji?
 
Mój Dziadek prowadził kantynę w swoim pułku tzn. był szefem żołnierskiej spółdzielni – i miał za zadanie wdrażać poborowych w spółdzielczość.
 
Znam nazwiska trzech jego podkomendnych, którzy po powrocie na wieś, założyli chłopską spółdzielnię – na zasadach towarzyskich: wspólnej pracy przy uzyciu wspólnych narzedzi na poletkach wszystkich. Potem mieli czas sami się zajac sprzedaża swoich płodów rolnych, wiedzieli jak to robić – i często wracali do Dziadka po dalsze nauki, już jak do przyjaciela.
 
Tak, naturalnie ten system nie zawsze się sprawdzał. Dochodziło także do nieprawidłowości i poniewierania poborowymi. Ale w każdej zbiorowości, która sobie liczy miliony jednostek dochodzi do aktów naduzywania władzy i niesprawiedliwości - a mówimy o udziale Wojska Polskiego w projektach społecznych, nie o przypadkach kryminalnych i odstępstwach - szukamy ogólnej reguły, która była prawem napisanym np. w ustawach.
 
RODZINA PODOFICERSKA
 
Zatem moja rodzina była rodzina podoficerska. Mieszkała opodal koszar i żyła w ich rytmie, ich życiem.
 
To była rodzina na kulturowym dorobku, która pomału ale pewnie, przez poprzednie cztery generacje, wspinała się od niepiśmienności do dyplomu wyższych studiów – i musiała uchodzić za rokującą nadzieje, bo mężczyźni zawsze żenili się ponad swój majątek albo ponad stan.
 
Nawet kobiety umiały czytać na książce od lat 80-tych XIX wieku. Na pewno umiała czytać już prababka, która pochodziła z rodziny polskich Ormian (jej siostry też – jedna z nich gościła zresztą pana Stefana Żeromskiego – ci kuzyni, których znam tylko zdalnie, mieszkają na skraju Puszczy Jodłowej i mają rzadkie nazwisko Cedro :-))
 
Ojciec mój miał zacząć gimnazjum w 1939 r. to znaczy miał być pierwszą osobą w rodzinie z maturą, a ściślej – dyplomem studiów wyższych.
 
Bo II Rzeczpospolita dawała tę szansę nawet swoim nędzarzom, o czym poucza życiorys Wincentego Kraśki
... syna robotnika rolnego (czyli osoby przez większość lat 30-tych bezrobotnej i nieraz na serio umierajacej z głodu),  który zrobił dyplom w 1938 r. i wcale nie musiał zanurzać rąk we krwi bratniej po łokcie, żeby jego wnuczek był właścicielem stajni i chadzał w oficerkach.
 
W II Rzeczpospolitej wystarczyło chcieć się uczyć i pracować: to wystarczało, aby z czasem (o, cierpliwości niezłomna, o uporze!) być kimś lepszym i zajść wyżej.

 

A moja rodzina miała nie tylko ambicje, lecz także była stabilna materialnie i zaliczała się co najmniej do niższej klasy średniej. Dziadek miał małą maturę, Babka otarła się o pensję – i świadomie ograniczyli liczbę dzieci do trójki potomstwa, gdyż każde miało otrzymać wykształcenie, a to zawsze kosztuje.

 

 
Zatem, Ojciec i tak miał mieć wyższe wykształcenie - a ja nie jestem (jako drugie pokolenie inteligencji w rodzinie) beneficjentką komunizmu.
 
Ojca ukształtował etos pracy u podstaw, cierpliwy etos trwania i powolnego rozwoju, etos wołu roboczego, który orze wolno ale nie generuje strat i nie robi kroku w tył - etos warszawskich pozytywistów, Głowackiego i Swiętochowskiego – niech ich imiona pamiętają wieki, któremu zawdzięczamy odzyskanie państwowości oraz dokonania dwudziestolecia miedzywojennego.
 
To był starszy model wychowawczy niż ten nowoczesny, który zastosowano, żeby uformować Pokolenie Kolumbów - rówieśników Niepodległości, ze środowisk już inteligenckich, przygotowywanych aby wydźwignęli Polskę z pozaborczego zacofania ekonomiczno-technicznego i wwiedli Ją w wiek XXI.
 
To był model przestarzały już w dwudziestoleciu międzywojennym – miał sporo cech wiktoriańskich (czyli epoki, w której nie przypadkiem nastąpił rozkwit Imperium Brytyjskiego). Ale moja rodzina była podoficerska i łatwo zdania nie zmieniała.
 
Tak oto zostałam wychowana według zasad, które za Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego były całkiem przedpotopowe – i stawiały pomiędzy mną oraz większością rówieśniczego otoczenia szklaną ścianę. Zawsze kumplowałam się ze starcami, ponieważ tylko z nimi miałam wspólny język i zainteresowania; poza tym nie łgali – byli rzeczowi i dążyli do obiektywizmu.
 
Zawsze dużo czytałam, gdyż w książkach odnajdywałam równowagę, której nie było w realnym świecie: Estreichery, Glogery, Kopalińskie, biblioteka „Ossolineum”, a nawet Biblioteka Boya to był mój azyl, z którego wychylałam się coraz bardziej niedopasowana do rzeczywistości.
 
Gdy dorosłam, podtrzymałam tę rodzinną mundurową tradycję.
Naturalnie to nie odbyło się tak, że chodziłam i szukałam w tłumie dzieci albo wnuków weteranów czy krewnych bohaterów. Zadziałały siły natury. A że miałam w swoim otoczeniu wybór mężczyzn z takim pochodzeniem… A że właśnie tacy naprawdę mi się podobali, jakbym miała pod skórą wykrywacz starego dobrego materiału –patriotycznego kodu genetycznego…
 
Odrzuciłam wprawdzie sugestie rodziny, kierujące mnie ku różnym wnukom ułanów i tak dalej. Ale i tak zabrałam się za facetów, na których jest ten przedwojenny sznyt.
 
Dlatego mój spadkobierca ma w swoim drzewie genealogicznym maturzystę-ochotnika z wojny 1939 r., który hulał jeszcze po wojnie np. uczestniczyłw w odbijaniu więzienia UB w Kielcach. A jeszcze ma Virtuti Militari spod Monte Cassino, i stanowi V pokolenie, gałęź boczną, Rodziny Katyńskiej.
 
Od kilkunastu lat pozostaję w drugim związku: z wnukiem przedwojennego podoficera zawodowego, jeńca Woldenberga. Z synem Powstańca-dziecka – z oddziału poczty polowej. Z siostrzeńcem żołnierza z Brygady Strzelców Podkarpackich. Członkiem (boczna gałąź) Rodziny Katyńskiej.
 
Ot, rodziny wojskowe trzymają się razem, mamy wspólny kod.
 
NORMA WYCHOWAWCZA POZYTYWISTÓW
 
Dzisiaj wiem że zostałam wychowana podług bardzo ciekawej, oryginalnej świętokrzyskiej tradycji, dodatkowo zakorzenionej w Żeromskim.
 
A ponieważ przez kilkanaście lat stosowałam metodę behawioralną – i musiałam sama w sobie przepracować różne mechanizmy, żeby dobrze wykonać swoje zadania – umiem napisać taki sam program dla innych osób albo grup.
Taki program, który wyrywa ze stanu pierwotnej dzikości (albo spektrum  autyzmu lub komunizmu) i przyłącza do współczesności, do życia tu i teraz. Taki program, który modyfikując zachowania – modyfikuje świadomość. I przywraca ludziom wolną wolę. Ponieważ podstawowy cel wychowania behawioralnego to – przygotowanie do wolności.
 
Nad tym właśnie chcę się pozastanawiać, przy Państwa pomocy.
Wydaje mi się bowiem, że byłoby celowe niektóre rysy tej polskiej umowy społecznej sprzed lat pomalutku, działając wspólnie i w porozumieniu , wdrożyć na większą skalę za pośrednictwem Internetu.
Och, znowu walnełam za duzo naraz. Ale niech już zostanie, widac tak ma być. Musimy doprowadzić do zmiany stantardów publicznych, albo cała praca Ruchu Kontroli Wyborów się na nic nie zda.
 
Mam nadzieje, że Państwa także drażnią i niepokoją np. wszechobecne przekleństwa i wzajemny brak uprzejmości – to milczące założenie, że komuś wulgarnemu, niedoukowi albo kłamcy wolno na równych prawach brać udział w publicznej debacie, a ludziom dobrze wychowanym pozostaje bezbronność oraz zdenerwowanie.
 
Uważam, że stosunkowo łatwo możemy na początek sprzątnąć – zatamować plugawy język, co znakomicie poprawi jakość naszego społecznego współżycia. A potem wziąc się za niedouków oraz kłamców. (Ale na pytanie, jak to zrobić – odpowiem dopiero gdy ktoś zapyta. No cóż, jak tajne komplety, to komplety – uczestnicy sami nadają tempo)
 
Formy są bardzo ważne: odzwierciedlają szacunek (lub jego brak) do siebie samego oraz rozmówcy. Kiedyś przekleństwo w polskiej przestrzeni publicznej – to był ewenement.
 
Ten prostacki sposób bycia to jest styl bandycki, styl sowiecki.
Taka murzyńskość, zachowanie niewolnika.
 
Zapraszam do polskości.