Taka murzyńskość czyli o wynarodowieniu Polaków – odc. 00 – Czym mężczyzna różni się od dupka, a kobieta od dupki, i co stanowi podstawę życia wśród ludzi oraz fundament patriotyzmu?

http://konieczna.eu/taka-murzynskosc-czyli-o-wynarodowieniu-polakow-odc-...

 

Gdy chodzę po sieci, to czytam dyskusje - ludzie pytają o różne rzeczy.

I raz pewien ogólnie patriotycznie nastawiony młodzieniec– walnął z grubej rury, mniej więcej tak: „a dlaczego właściwie nasi zabijali komunistów podczas wojny? – przecież komuniści tak samo walczyli z Niemcami jak my! Czy to był antysemityzm, bo to przecież byli Żydzi?! I po ci ci Niezłomni w ogóle walczyli, przecież było jasne, że ta walka nie ma szans!”

Ktoś czasem co powie, a drugiemu nagle zatrzaskują się w mózgu puzzle: iluminacja. Wtedy pojęłam, przed jaką myślą się bronię – od dawna oraz rozpaczliwie, z uwagi na tragiczny sens tej konstatacji.

Oto wynarodowienie, z którego skali oraz głębi ogół Polaków wcale nie zdaje sobie sprawy, dosięgło sedna. Uleciał sens imperatywu „Bóg, Honor, Ojczyzna”, który stanowił szpik w kościach Polski i Polaków, napęd orlich skrzydeł, zielony stożek wzrostu tego dębu, na którym Orzeł miał gniazdo.   

Zostało niepojęte hasło o średniowiecznej konstrukcji.

Puste.

Bez bieżącej, konstruktywnej wykładni, właściwej na czasy nowoczesne, europejskie i laickie.

Gdyż jeżeli odwieczne źródło polskości – „Bóg, Honor, Ojczyzna”, któremu właśnie i akurat Żydzi zawdzięczają wieki tolerancji oraz przetrwanie II wojny – zaczyna uchodzić za źródło antysemityzmu, to – proszę Państwa, automatycznie Józef Stalin słusznie był nazywany „wyzwolicielem narodów”.

On wszak rzeczywiście nim był: toż Armia Czerwona wyleczyła Polaków z Boga, Honoru i Ojczyzny. Na pewnych terenach podchodziła do wyzwolenia nawet trzykrotnie, więc jesteśmy za tę konsekwencję winni dozgonną owację i kwiaty.

Ale jeżeli tak, to tysiącletnia historia Polski kończy bieg, a ja jestem z ostatnich Mohikanów.

Jeszcze nie umarła nasza kultura, póki my żyjemy, ale już wisi na nitce życia niewielu dziesiątków tysięcy tych Polaków, którzy odebrali wychowanie podług przedwojennego kanonu. Patrzę więc na prasłowiańskie, etruskie i asyryjskie kręgi rozchodzące się po wodzie, i wiem, że wraz z nami ostatnimi zakropli się pomiędzy nie także esencja polska i roztoczy w kolejny martwy i chocholi krąg.

(A teraz się ubrałam w ponurą dygresję. Widać tak być musi na wstępie do wielkiego tematu: zanim motorek się rozrusza, najpierw pyrkocze nierówno i wciąż gaśnie).

Proszę się nie łudzić, że jest inaczej.

Proszę nie mówić, żebym nie desperowała.

Toż nasza własna kultura – kiedyś jak powietrze – wymaga tłumaczy. Bo chociaż został język narodowy, to przepadła polska norma. Zatem nawet Irlandczycy mają lepiej: wprawdzie utracili język narodowy, jednak zachowali kulturową oraz moralną tożsamość – pozostali Irlandczykami.

A Polakom została tylko ich gwara, i nawet nie wiedzą, co stracili…, więc nawet już nie tęsknią.

W rozmowie z tym 30-latkiem, naraz wyszedł ogrom – kłamstw skutecznie wmówionych, ach te filmy („komuniści tak samo walczyli z Niemcami jak my”), niedostatek lekcji historii (co to Pakt Ribbentropp-Mołotow i17 września 1939 r.?) oraz ogólnego wynarodowienia jego rodziny i otoczenia.

Jest poza dyskusją, że ten młodzieniec dawno powinien był po wielekroć odebrać od matki i ojca, od wuja, szwagra, nauczyciela, księdza, trenera – jasną informację, czym mężczyzna różni się od dupka, a kobieta od dupki, i co stanowi podstawę życia wśród ludzi oraz fundament patriotyzmu.

Słowo.

Słowo honoru. Obietnica. Przyrzeczenie. Slubowanie. Przysięga. Umowa ustna, wyjątkowo pisemna.

W przedwojennej Polsce nie było osobnego wychowania patriotycznego – kanonu, który się włączał na akademii ku czci Piłsudskiego  lub w chwili wybuchu wojny.

Był jeden spójny zespół prostych norm – kodeks postępowania, bez względu na okoliczności. Kodeks grzecznościowy,  przepojony duchem obywatelskim. Przepis na styl życia. Zawsze i wszędzie.

Bo istotę polskości stanowi powszednia ludzkość i normalność, oparta na wzajemnym, niezawodnym zaufaniu. Nasz patriotyzm był sztuką codziennego spełniania się w społeczeństwie oraz rodzinie. Sztuką życia szczęśliwego oraz obywatelskiego, a nie umierania z okrzykiem „Niech żyje Polska” (– śmierć zawsze jest gratis w każdym pakiecie i w każdej chwili).

Dla mnie to, dlaczego Łupaszka walczył do końca - jest proste.

Bo przysięgał.

To była sprawa honorowa.

Przysięgał walczyć aż do zwycięstwa, do wolności.

Łupaszka obiecał to sobie samemu oraz Ojczyźnie – mając Boga za świadka.

I choćby Jezus pofatygował się do Łupaszki osobiście, żeby go zwolnić z przysięgi, to skutek misji byłby niepewny, gdyż Łupaszka jak to Polak – wiedział swoje. I mógłby nawet uznać, że oto Bóg zdezerterował: poddał się i opuścił jego a może nawet i opuścił Ojczyznę.

Ale nadal Ojczyźnie pozostałby – on, Jej syn. A jemu nadal pozostałby jeszcze Honor i Ojczyzna. Tyle też wystarczy; polska norma ma duzy zapas i daje szansę być Niezłomnym także ateiście –

Przysięgał – i nie ma „ale”.

Nie ma rozszczepiania na czworo, szukania wymówek, kompromisów, nie ma kombinowania ani korzystniejszego czy tańszego wyjścia. Jest cel – idziemy wprost, jak trzeba przez mur, jak można to  łukiem lub podkopem, żeby ograniczyć straty, ale wprost do celu.

Idziemy, koniec. W stepie szerokim, którego okiem…

I to nie są klapki na oczach, jak się Państwu wydaje, gdyż otacza nas relatywizm moralny i względne wydają się nawet kwestie nie do negocjacji, a w efekcie nie ma nic trwałego – żadnego stałego punktu odniesienia, wzorca metra zawsze na podorędziu, a także zaufania do siebie oraz innych.

Człowiek ma tylko jedno słowo – i tylko jednego siebie.

W tamtej Polsce słowa nie dawało się łatwo, było droższe pieniędzy.

Słowo to było coś ekstra. Nie rzucało się go na wiatr, bo mogło wrócić huraganem.

Wujeczny dziadek mojej Matki, felczer, mizerniutki chłopina, takie metr pięćdziesiąt w kapeluszu i na stołku, zniósł z pola bitwy w czasie wojny polsko-radzieckiej, spod potwornego ostrzału czterech większych od siebie chłopa, kawalerzystów, gł. z ranami brzucha oraz jednego kolegę felczera, też malucha – w tym jedną partię po dwóch naraz.

Niczym się to nie różniło od taszczenia worków ze zbożem, po drabinie do młyna.

Dostał odznaczenie, ponieważ ludzie radzieccy nie honorowali Konwencji Genewskiej: strzelali do sanitariuszy i lekarzy – i dwóch jego kolegów już padło podczas próby udzielenia pomocy rannym (jeden na miejscu, drugi zmarł w szpitalu). Czekano na straszny rozkaz, żeby zostawić rannych, bo już zaczynało brakować felczerów – trzeba było myśleć na zaś o szpitalu.

Tymczasem wuj się przeżegnał i wyrwał na ochotnika.

Szkoła felczerska, którą ukończył w armii dała mu awans społeczny – wykształcenie.

Chciał być godny tej szansy – i samego siebie na tej wyższej pozycji: uważał, że ten awans go zobowiązuje do dawania z siebie więcej. On przysięgał nieść pomoc. I nie mógł być gorszy od kolegów felczerów, którzy pozostali wierni przysiędze.

Zwłaszcza od tego, który od razu zginął – jego krajana, z sąsiedniej wsi.

 

Polegaj na mnie, jak na Zawiszy.

Przez wieki ta zasada stanowiła kamień węgielny naszego społeczeństwa, które było społeczeństwem – uwaga! – żołnierzy.

Dzięki niej każdy, także cywil - był obliczalny – i każdy mógł robić swoje, wiedząc, iż jego wysiłek – obojętne: pokojowy czy wojenny - w określonym momencie się spotka z wysiłkiem tej osoby, z którą się na coś umówił, wieńcząc dzieło.

Państwo to znacie tylko z tych odsłon: utrzymamy Westerplatte, utrzymamy Warszawę, przejdziemy kanałami pod miastem. Sama dałam wojenny przykład, bo to najprostsze.

Ale takiego samego hartu wymagał opór dzieci z Wrześni.

I opór Michała Drzymały.

I wyciąganie dzień po dniu żurawiem 150 wiader wody, 2 razy dziennie, dla stada krów.

I chodzenie do szkoły po 12 kilometrów w jedną strone, przez las i bagna, zima w śniegu, jesienią w szarudze.

I osadnictwo na Kresach, gdzie w latach dwudziestych nieraz orano kobietami i dziećmi, bo konie obiecane przez polski rząd się spóźniały, a był ostatni czas na orkę. (Ukraińcy na to patrzyli kwadratowymi oczami, a potem mieli żal, że nasi są bogatsi).

Polegaj na mnie, jak na Zawiszy – moja ziemio, żono lub mężu, dziecko lub rodzicu, przyjacielu lub sąsiedzie, szefie lub pracowniku, dowódco lub żołnierzu.

Polegaj na mnie jak na Zawiszy, wrogu - komunisto.

***

Komuniści stanowili ekspozyturę państwa ościennego, które od początku swojego istnienia godziło w suwerenność Rzeczpospolitej: naszej wyśnionej, wymodlonej, zapłaconej krwią wielu zrywów – i ostatnią koszulą, życiową szansą, wygnaniem, zsyłką. Naszej ubogiej, nie zawsze sprawiedliwej, naszej okrutnej i wciąż in statu nascendi, chaotycznej – ale naszej wolnej Rzeczpospolitej.

Działalność partii komunistycznych została w II RP zakazana dopiero w 1938 r., tak samo komunistyczna propaganda (jak obecnie promocja hitleryzmu) – ale od wojny polsko-rosyjskiej nieraz kwalifikowano taką działalność wielu osób jako zdradę stanu (w przypadku obywateli II RP) albo szpiegostwo (w przypadku obywateli innego kraju).

ZSRR wkroczył na ziemię polską bez wypowiedzenia wojny 17 września 1939 r. – odtąd komunista był dokładnie takim okupantem jak Niemiec.

Nawet gorszym, gdyż często miał przed wojną polskie obywatelstwo tj. był zobowiązany do lojalności wobec II RP – a jeżeli działał na rzecz i w imieniu wroga, jeżeli zaakceptował okupację Armii Czerwonej, działał u boku NKWD, Smiersza itd. to automatycznie był zdrajcą stanu.

To znaczy był winny zbrodni karanej śmiercią.

Komunista podczas wojny był człowiekiem – realnie patrząc – z miłości do Stalina i na własne gorące życzenie wyjętym spod prawa. To był ten sam typ zabójczej i samobójczej manii, który popycha do działania pedofili oraz pana Kajetana P.

Nie zawsze była możliwość urządzić sąd polowy czy podziemny, brakowało czasu na szykany – szeryfowie na Dzikim Zachodzie też załatwiali sprawę od reki. I jeżeli w czasie pokoju lepiej (podobno, ja w to nie wierzę), iżby dziesięciu winnych uszło, niż został skazany jeden niewinny – tak podczas wojny jest dokładnie odwrotnie. A łagodność i dywagacje w tej sprawie się nie opłacają, o czym poucza casus pana Ozjasza Szechtera, który miał przez wojną wyrok za zdradę stanu.

Gdyby wtedy dostał kulę, to poziom współczesnego dziennikarstwa w naszym kraju zapewne byłby nieco wyższy, ponieważ Bóg nie pobłogosławiłby nas osobą pana Adama Michnika.

Wśród komunistów było wiele osób pochodzenia żydowskiego – tu i ówdzie niemal 100% stanu tamtych przedwojennych partii. Parokrotnie do partii komunistycznej przeszły in corpore całe odłamy partii żydowskich (Poalej Syjon Lewica, frakcja Kombund z partii Bund, a w całości mini- partyjka Ferajnigte). Była też sprawa lewicujących związków zawodowych: różowych i czerwonych.

Po wojnie większość stanowisk w terenowych oddziałach UB sprawowały osoby żydowskiego pochodzenia, a w najwyższych władzach MBP było niemal 100% Żydów.

No, ale pardon. To były problemy Mojżesza, a nie Łupaszki.

***

Polska kultura przyjmowała wolność woli, sumienie obywatelskie oraz 10 przykazań za podstawę bytu społecznego.

Była wroga komunizmowi i murzyństwu każdym fibrem.

I jeżeli chcecie sądzić Niezłomnych za antysemityzm, to najpierw powieście za to komunistów – a zacznijcie od żydokomuny, żeby ustalić standardy. Ostatecznie to żydokomuna, przez dziesiątki lat, konsekwentnie, wbrew zakazom, agitowała za likwidacją kapitalistów oraz rozdawnictwem cudzych dóbr, bełtając w mózgach ludziom głodnym, prostym i analfabetom - w sytuacji, gdy 90% fabryk i kapitału w Polsce posiadali Żydzi oraz skupiali 80-100% obrotu handlowego, w zależności od branży.

No, proszę państwa, albo szanujemy wśród praw boskich, katolickich oraz mojżeszowych - prawo własności (a wtedy kwestia zabicia lub skrzywdzenia właściciela za żydowskie pochodzenie traci na ostrości) – albo robimy Rewolucję Październikową i zwalczamy przesądy religijne. Ale wtedy czynnie krzewimy antysemityzm: a wtedy krew żydowska spada na nas i na syny nasze, nawet jeżeli sami jesteśmy Żydami.

Ty zaś, Boże, rękę karaj – i prowokatora, nie ślepy miecz.

Elementarne.