Taka murzyńskość czyli o wynarodowieniu Polaków – apendyks prywatny 1: Prawda nas wyzwoli

 
 
No właśnie, człowiek ma tylko jednego siebie oraz jedno słowo.
Kiedyś to było takie proste, a dzisiaj - trzeba w ogóle znać tę normę i jeszcze trzeba do niej dojrzeć: umieć ją zważyć w sumieniu. Mnie to zajęło kilkanaście lat.
 
W zeszłym roku skończyłam 50 lat, zrobiłam bilans – i z godnością weszłam w smugę cienia, w przedsionek starości, a właściwie – ograniczeń, gdyż człowiek piszący zawsze jest tak młody jak jego mózg, tylko ubranko tego mózgu mu się patynuje.
Lecz choćby moje zycie potrwało jeszcze kolejnych 50 lat – to już ostatni etap: mam ostatniego wielkiego psa – już nie adoptuję kruka, już się zastanawiam jak ograniczyć kłopoty spadkobiercom, więc pilnuję papierów.
 
W tym bilansie pewne słupki mi się nie spodobały.
Niegodziwie się obeszłam z własną wiedzą i możliwościami. Nie dałam z siebie wszystkiego, jak powinnam i wcale nie usprawiedliwia, że miałam oczy szeroko zamknięte. Już się obudziłam.
 
Oszukałam Ojca na łożu śmierci – i długo nie miałam pretensji do siebie: odszedł szczęśliwy, trzymając w jednej ręce moją dłoń, a w drugiej dłoń maleńkiego wnuka, niezdolnego pojąć elegijnej chwili.
Promień słońca, który kładł się na twarzy Ojca oraz poduszce nagle się zrobił… pusty.
 
Zawsze wierzyłam w człowieka i ta wiara mnie nie zawiodła, chociaż ludzie mawiali że to naiwne; zatem naiwna jestem – weźcie mnie powieście. Zawsze wierzyłam w Boga, ale po doświadczeniu, którym było zaśnięcie Ojca w Panu i w moich objęciach – wiem także, że człowiek ma duszę.
 
Ta dusza mieszka we mnie, w każdym z Państwa, mieszkała w moich Dziadkach – i w milionach poprzednich Polaków – a potem wraca do Stwórcy.
 
Wierzę, że nadejdzie Dzień Sądu, a Pan będzie sądzić żywych i umarłych i oddzieli prawych od niegodziwych, ważąc ich dusze. I ja chcę wyjść z wyrokiem: niewinna zaprzaństwa.
 
Mineło kilkanaście lat, cała epoka.
Moje kłamstwo zaczęło…
Niedobrze się z tym czułam, bo obiecałam, że wrócę do pisania – tak to było sformułowane.
Ale przecież ja pisałam cały czas (do szuflady). Kwestia niby obojętna, a jak kamyk w bucie.
 
Doskonale wiedziałam, że Jemu chodziło o powrót do publikowania – może nawet do życia z pisania. I że wyraźnie powiedział to „Pisanie” przez wielkie „p”.
I ja mu takie Pisanie z rozpędu, bez zastanowienia obiecałam, chociaż byłam tylko taką sobie reporterką, a wielkie Pisanie to Żeromski, Prus, Mickiewicz, Tuwim; znacząca różnica zjawisk oraz klas.
 
Każdy swoje życie uważa za interesujące, ale większość to nudziarze. Idźmy do sedna. Sama tym kłamstwem zastawiłam na siebie pułapkę.
 
W ciągu tych kilkunastu lat stałam się innym człowiekiem – wreszcie dojrzałam umysłowo, a i świat przepłynął w kosmosie o miliardy kilometrów. Zaczęłam się interesować kłamstwami historycznymi.
 
Przez nieusprawiedliwioną zwłokę w realizacji obietnicy wyszło więc na to, że Tacie niechcący obiecałam, iż będę walczyć o prawdę historyczną.
A w dodatku że się nie poddam, bez względu na koszta – będę spać z głową na karabinie, mieszkać w ziemiance i organizować szarże. To jedyny sposób, aby dziennikarz pisał przez wielkie „P”.
 
… bezpardonowa uczciwość intelektualna – to jedyna droga do rekonstrukcji naszego umarłego polskiego świata: popioły i kości stają się pożywne po głębokiej orce.
 
Polakowi nie wolno odejść bez walki.
Zawsze można wygrać, trwając aż do końca, bo nawet w ostatniej sekundzie mogą się przetasować karty świata – i może się zacząć nowe rozdanie. A nawet jeżeli walka jest skazana na przegraną, to zawsze można ze sobą zabrać maksimum wrogów, żeby mieć w piekle towarzystwo.
 
Kto chce pozostać niewolnikiem – ten zostanie, jego niewola.
Ale mnie się marzy, żeby Niezłomni nie umarli nadaremno.