(14) Komunikat dla zdrajców...: Icek Frydman i inni zydowscy prowokatorzy czyli jak samemu sobie spuścic cegłe na głowę, a potem krzyczeć na cały świat że nas biją

http://konieczna.eu/14-komunikat-dla-zdrajcow-icek-frydman-i-inni-zydows...

List otwarty do resortowego dziecka, pani Anny Karoliny Kłys (14)

 

Zacznijmy od ilustracji: najpierw drobniutka powiastka o tym, że nie wiemy, ileż "antysemickich" psikusów i wydarzeń - także dzisiaj - produkują na murach Polacy.

Jeżeli Żydów przed wojną było stać na wiaderko farby oraz fundowanie sobie plutonów samoobrony, nauczonej strzelania w plecy - to zapewne i dzisiaj stać ich na butelkę spreyu.

Załączam wycinek na temat dwóch prowokatorów – z trochę późniejszego okresu niż zaraz opiszę, i ze Sląska. Ale zapewniam, że podobnych koleżków przyłapywano także w innym czasie i w innych rejonach kraju.
 
12 maja 1937 Kurier Bydgoski
 
 

Także dzisiaj takie popisy służą do wypisywania nonsensów na temat antysemityzmu w Polsce oraz do politycznej gry na kilku poziomach przy uzyciu narzedzi medialnych. Ale z tego nie wynika wcale, ze Żydom w Poslce dzieje się krzywda: to słuzy wyłącznie do dorabiania Polsce i Polakom geby oraz wprawiania w stan psychozy zamożnych amerykańskich Zydów, którzy szybko robią zrzutkę na poniewieranych Zydów z Polski. A z drugiej strony zaczynają wnosić nieuzasadnione roszczenia i nakręcac spiralę antypolskich gier.

14 sierpnia 1936, Gazeta Wągrowiecka
 

A teraz przedstawmy dwóch Icków Frydmanów - bohaterów opowieści dziwnej politycznej treści...

4 czerwca 1936 "Gazeta Wągrowiecka"
7 czerwca 1936, "Orędownik"
 
Przed 80 laty pewne sprawy mogły być nieoczywiste i niewyjaśnione.
Ale dzisiaj można zrobić zbiorcze zestawienie.
 

1936 rok to był czarny rok na Icków Frydmanów w Polsce.

Pomiędzy marcem a majem – czyli w tym okresie, gdy się rozstrzygała kwestia przepisów wykonawczych do ustawy o zakazie uboju rytualnego – schwytano w naszym pięknym kraju aż trzech Icków Frydmanów (!), w tym dwóch z fałszywymi paszportami na inne nazwiska.

Jednego aresztowano w Przytyku (marzec), drugiego w Zbąszyniu (kwiecień), a trzeciego w Czarnej Biaostockiej (maj).

 
Polska ma obecnie ok. 38 milionów obywateli – wśród których żyje sześć Iwon Koniecznych.
Jakie jest prawdopodobieństwo, iż trzy z nas, w ciągu niespełna kwartału, zostaną schwytane na podobnych przestępstwach – i wszystkie w okolicach, w których nagle zrobiło się gorąco?
 
Nie za wysokie, jak sądzę. Dlatego podejrzewam, że miała rację przedwojenna policja, która uznała że „Icek Frydman” to wygodna tożsamość, przywdziewana w 1936 r. przez wiele osób (z czego część została aresztowana wskutek zaostrzenia kontroli policyjnej po lokalnych ruchawkach, zajściach i pogromach).
 
O ile pamiętam, domniemywano, że „Icek Frydman” może stanowić element hasła rozpoznawczego, gdyż dwaj panowie sprawiali wrażenie ludzi podróżujących z misją.
 
Pierwszy (patrząc w kolejności aresztowań: pierwsza dekada marca) był Icio Frydman, uznany za jednego z organizatorów zelbstschutzu w Przytyku.

 

Czyli jak wtedy podejrzewano (chociaż w sądzie nie udało się tego dowieść) pospołu z panem Zajde i Cukrem (bronionym przez jednego adwokata) organizator prowokacji (zamieszek, zabójstwa i okaleczeń kilkudziesięciu Polaków w Przytyku), która doprowadziła do zwrotnego pogromu dwójki Żydów oraz zdemolowania ok. 26 mieszkań (czemu nadano szeroki rozdźwięk).

 
Frydman dostał 5 do 7 lat (teraz nie jestem pewna, jak go wycenił Sąd Najwyższy – w Sądzie Okręgowym dostał 5,5 roku, ale Sąd Najwyższy podniósł prawie wszystkie wyroki w tej sprawie) za strzelanie Polakom w plecy – za strzelanie do bezbronnego, strwożonego tłumu, który uciekał z miejsca zabójstwa Stanisława Wieśniaka.
 
To była postać mocno enigmatyczna.
 
Znany był lokalnej policji, więc tożsamość jest pewna. Ale… inne fakty się nie zgadzały.
 
Między innymi, przedstawia się go, nawet dzisiaj, w Wikipedii za podoficera Wojska Polskiego – wątek ten przepływa przez ówczesne relacje (kapral Frydman) – a potem niknie, ponieważ po drodze ktoś po cichu sprawdził „fakty”, podawane w Sądzie Okręgowym w Radomiu (czerwiec) i …
… i nikt nie robił halo, że są składane fałszywe zeznania, ponieważ wtedy byli już złapani Icek Frydman numer 2 i numer 3 – i było wiadomo, że to fragment grubszej afery.
 

W 1936 r. nie był żadnego Icka Frydmana, podoficera Wojska Polskiego.

Może i był podoficerem WP, ale nie pod tym nazwiskiem. Może i był podoficerem jako Icek Frydman, ale nie w polskiej armii. Ot, wyjechał chłopak z Przytyka na kilka lat, podobno na komisję poborową do Radomia i wrócił po kilku latach opromieniony chwałą oręża (nie wiadomo jakiego) oraz mając wojskową postawę (nabytą nie wiadomo gdzie).

I zdolny strzelać ludziom w plecy – oraz nauczyć tego samego kilkunastu innych młodych Żydów.

Ciekawa sprawa, prawda? – to zupełnie niepolski styl „walki”. W polskiej armii tego się nie nauczył: prędzej w tych bojówkach, które przy różnych okazjach strzelały Polskiemu Wojsku właśnie w plecy.

 
Akta armijne przedwojenne się zachowały tak nawiasem –
Kilka lat temu przez sieć obejrzałam opis nagród służbowych, które dostał mój Dziadek (wyjazd w roli reprezentanta pułku na zaślubiny Polski z morzem w wykonaniu generała Hallera oraz delegacja do Gdańska na podobną uroczystość – z tej drugiej wrócił ze sznurem bursztynów, podarunkiem dla żony za urodzenie pierwszego syna; mam je zresztą teraz na sobie, gdy piszę te słowaJ).
Obejrzałam tez wykaz dokumentów na temat innych krewnych.  Myślę więc, że i dzisiaj można ustalić, czy w 1936 r. był w Polsce, w odpowiedniej grupie wiekowej, podoficer o nazwisku Icek Frydman tj. potwierdzić konstatacje ówczesnych służb kontrwywiadowczych.
 
Może zróbmy resumee Icka Frydmana numer 1.
Nauczył się nie wiadomo gdzie sztuki żołnierskiej – a był organizatorem zelbstschutzu, który zastosował w walce typowe (dzisiaj możemy to w pełni ocenić) zasady miejskiej partyzantki i wywołał powstanie żydowskie AD 1936 w Przytyku.
 

Ten zelbschutz składał się z bardzo młodych (nie wszyscy byli nawet pełnoletni np. pan Leska, zabójca z Przytyka miał niecałe 18 lat) i bardzo ubogich Żydów, ale skombinował sobie nowiutką broń palną o wartości 4-8 tysięcy przedwojennych złotych w okresie nasilenia kryzysu gospodarczego, gdy statystyczny mieszkaniec Polski żył szczawiem i mirabelkami. A to nie był jedyny koszt tej wielkiej operacji, szykowanej przez ok. 2 miesiące, przy udziale setek osób.

 
Tę broń z Radomia przywiózł Srul Cymbalista, który rozwoził po okolicy komunistyczną bibułę na 7 tygodni przed akcją.
 
Strzelano do Polaków nie tylko z pięter domów oraz z poziomu ulicy, lecz także z przejeżdżającej ciężarówki oraz samochodu (tych ekip nie udało się złapać, ale zeznawało o tym wiele osób).
 

W operacji wzięła udział większość żydowskiej ludności miasteczka, włącznie z kobietami, które raziły kamieniami z pięter domów oraz elitą miasteczka – starszymi, poważanymi panami ze Stowarzyszenia Abrahama, którzy biegali z ciężkimi narzędziami w ręku i atakowali zupełnie przypadkowych Polaków.

 
Kamienie w bruku zostały poluzowane w wielu strategicznych punktach: co pozwoliło zaatakować Polaków np. na targu końskim – i poranić także zwierzęta czyli ugodzić polskiego chłopa w samo sedno jego istoty. (Na takiego konia prosta rodzina musiała w kilka osób harować przez 18 lat).
 
Po wielu korektach propagandowych te wszystkie wydarzenia odbiły się szerokim echem w całym świecie – zanim sprawa się wyjaśniła, został zamazany fakt, że punktem wyjścia do napięć w ubogiej Polsce są praktyki monopolistyczne stosowane przez Żydów, które wzbudziły ostry protest czterech narodowości.
 
Afera pozwoliła zastopować polskie plany w Lidze Narodów: zrzucić na Polaków (endeków) odpowiedzialność za sytuację.
Potem, gdy się okazało, jak naprawdę było – nikt nie przeprosił.
 
Specjalistą od pozyskiwania środków na tamtym terenie był pan Moshe Cukier, w moim odczuciu - koordynator. Był on bowiem działaczem syjonistycznym oraz łącznikiem z (komunizującymi) związkami zawodowymi tudzież oboma Partiami Poalej Syjon (Lewica i Prawica), a także Partią Mizrachi. Do tego w życiu prywatnym był handlarzem skórą czyli osobą, która bezpośrednio traciła na ograniczeniach monopolu Żydów w branży mięsno-garbarskiej wskutek zakazu uboju rytualnego.
 
Zelbstschutz ćwiczenia robił pod osłoną Klubu Sportowego Beitar (tak samo jak pod przykrywką „Sokoła” zorganizował Legiony Piłsudski), co wymagało akceptacji pana Jankiela Zajde, działacza syjonistycznego, który ściśle współpracował z panem Cukrem. Pan Zajde, który opuścił Polskę nie czekając na wyrok II instancji, był znany z koordynowania przedsięwzięć żydowskich o charakterze religijno-kulturalno-sportowym. Był też świadkiem w sprawie zamieszek w Ossie, nieodległej wsi, które doprowadziły do tzw. masakry w Odrzywole (przyjdzie na to czas).
 

Drugi Icek Frydman, krawiec z Łodzi, gnał na fałszywym paszporcie w sprawach niewiadomych do Paryża. Został schwytany w Zbąszyniu pod Poznaniem w początkach kwietnia. Zeznał, że był już karany za działalność wywrotową (co oznaczało wtedy - komunizm w wydaniu zbrojnym).

Kto wie, co chciał robić w Paryżu?

Może chciał organizować jakąś żydowską samoobronę pod wieżą Eiffla?

Ostatecznie Francuzi wysyłali wtedy dziesiątki tysięcy Żydów do Palestyny, twierdząc że to koniec ich uchodźctwa: powstał Izrael i żegnamy azylantów, uciekinierów z płonącej Jerozolimy.

 
Ale warto zauważyć, że idealnie w tym właśnie czasie, gdy schwytano Frydmana numer 2 na stacji pod Poznaniem - na Wielkopolsce doszło do szeregu akcji, które na długo zdestabilizowały nastroje w tej dzielnicy kraju.
 
Tak samo jak zajścia w Przytyku (oraz gigantyczna a krwawa manifestacja komunisty Izraela Sziffera w Krakowie – też Żydzi użyli tam broni palnej) rozchwiały południe kraju.
 
Te zajścia zostały następnie osądzone w czerwcu 1936 r. w cyklu tzw. procesów konińskich. Poza tym w lutym, wskutek prowokacji, w nieco dalszej odległości doszło do tzw. zajść wyszyńskich, w których zginął sędzia Sielski.
 
Nie wdając się  w opis samych historii, zaznaczmy że punktem wyjścia do niektórych zajść (np. w Szetlewku i w Długosiodle) w okolicach Konina i Kalisza było pojawienie się na odpustach żydowskich handlarzy, chociaż zostali jednoznacznie poproszeni o to, aby nie handlowali (dewocjonaliami swojej produkcji) na katolickich uroczystościach religijnych. (O tej kampanii napisze osobno).
 

Prasa żydowska opisywała te imprezy jako „jarmarki” – ale akurat w przypadku podanych wyżej miejscowości chodziło o odpusty. Może z żydowskiej perspektywy nie ma różnicy, ale w tym przypadku liczy się perspektywa polska. My się nie wtrącaliśmy w sposób, w jaki Żydzi obchodzą np. Swięto Swiateł – i żądanie wzajemności było więcej niż uzasadnione.

 
Policja (czyli sanacja), jak zawsze wykorzystała sytuację, aby fizycznie dołożyć endekom – przy okazji oberwały osoby postronne (Polacy), co znakomicie dolało oliwy do ognia. Zaznaczmy więc też, że sanacja łatwo dawała się „lewarować” mniejszości żydowskiej… z różnych powodów, które przekraczają zakres tego wpisu - odzwierciedla to jeden z wycinków, które zamieszczam. I stwierdzam, ze do dzisiaj na tamtej fali niezgody pomiędzy polskimi ugrupowaniami płyną pomówienia podobne do Pani enuncjacji: bo Polakom po latach nauki "historii", napisanej przez mamusię pana Adama Michnika - uleciał kontekst sytuacyjny czyli ostra polityczna gra, taka sama jak obecnie pomiędzy PIS-em a nowoczesna.pl, a do tego w czasach gdy gazrurka stanowiłą argument polityczny tak samo dla Żydów jak endeków (a policja miała pałki)
 

Trzeci Icek Frydman został złapany w Czarnej Białostockiej, z paszportem na nazwisko Kluge, w drodze do Berlina. Jak raz trzy dni po tzw. zajściach w Czyżewie. Ciekawe, czy i tam organizował samoobronę – i czy jemu zawdzięczamy poruszenie w okręgu białostockim (potem wyliczone sumiennie w Sejmie przez naszego premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego).

 
Ten okręg był zamieszkany nie tylko przez Niemców, o czym już kiedyś napisałam, lecz także przez komunizujących Żydów, którzy mieli własne plany polityczne, warte niejednego siniaka czy wybitej szyby, zwłaszcza że nie była własna, lecz jakiegoś bogatszego Żyda.
 
Białystok nie został  wprawdzie Wolnym Miastem jak Gdańsk – czego żądał od pierwszych chwil Niepodległości nie tylko na forum Ligi Narodów, lecz także witając, bodaj w 1917 r., kamieniami oraz 20-godzinną walka uliczną Legiony Polskie pod wodzą samego Komendanta w marszu na Litwę - co nie oznacza, że ze swoich roszczeń do bycia Wolnym Miastem kiedykolwiek zrezygnował.
 

Te ambicje polityczne to też jest okoliczność ważna, gdy się omawia udręki żydowskie z tamtego okresu. Bo skądinąd wiadomo, że część z nich (ciekawe jak wielką?) spuszczali Żydom na głowę:

  • tacy organizatorzy zamętu  oraz destabilizacji państwa polskiego jak Icek Frydman w trzech osobach

  • żydowscy prowokatorzy z wiaderkami farby, tacy jak panowie Gruenpeter i Kraser.

Można chyba spokojnie przyjąć, że niektórzy z tych trzech Icków Frydmanów nazywali się zupełnie inaczej, że Icek Frydman to jedynie nazwisko, pod którym zostali skazani: ich prawdziwej tożsamości nie znamy. Tylko jedno w ich sprawie jest pewne – każdy był żydowskiego pochodzenia.

Aż do wojny próbowano dyskretnie zgłębić tę sprawę, nie robiąc dookoła sprawy szumu, gdyż śledzono powiązania; odnotowano jeszcze dwie fale aresztowań ludzi noszących jedno imię i nazwisko… Inne niż Icek Frydman – ale też jakieś zwykłe, nie przyciągające specjalnej uwagi, typu Szmul Goldman albo Moshe Zuckerberg. (mam chyba jeszcze zresztą przedwojenne wycinki – nie jestem pewna, sprawdzę to latem – teraz nie pamiętam, jakie to były nazwiska).
 
Do tego jeszcze ci Ickowie mieli fałszywe paszporty na inne nazwiska.
 

Ale kim byli naprawdę? I na czyje działali polecenie? W sumie nieważne, bo komunistom było niedaleko do syjonistów. A w tym akurat przypadku trudno podejrzewać o udział gang żydowski Cwi Migdal, wyspecjalizowany m. in. w przemycie ludzi przez granicę.

Ten gang miał doskonałych fałszerzy i produkował genialne wręcz dokumenty. Nie zachodzi możliwość, że wykonał takie partactwo, jak kilka kiepskich paszportów na jedno i to samo nazwisko, rzuconych naraz na jeden, w sumie nieduży rynek.